Bożena Keff: O Poczuciu Oczywistości
Kwiecień 28th, 2010 • Furia #1
Prowadziłam jakiś czas temu emocjonujacą rozmowę z dwoma znajomymi gejami, którzy bardzo byli niezadowoleni z pewnego aktywisty gejowskiego. Został on zaproszony do debaty z udziałem młodej katolickiej prawicowej publicystki. Otóż pani ta poprzedniego dnia, przed debatą, „sprytnie” – jak ujęli to znajomi – zajrzała na jakiś portal gejowski i znalazła ogłoszenia tego aktywisty, który poszukiwał tam właśnie partnerów do bardziej rozbudowanej kombinacji seksualnej. Debata miała dotyczyć prawa osób homoseksualnych do zawierania związków rejestrowanych prawnie (jakkolwiek by się one nie zwały, partnerskie czy małżeńskie). W stosownym momencie owa pani wyciągnęła informację, jaką miała z portalu gejowskiego, no i tu przyjaciele gejowie wkurzali się ciągle od nowa na aktywistę. To ma być reprezentant! – mówili. – Nie nadaje się do reprezentowania nikogo, no w każdym razie nie nas. Miał opowiadać, jacy jesteśmy monogamiczni, skoro potrzebujemy związków i małżeństw, a tu proszę!
Lekko pogubiona na początku, słucham uważnie, ale czuję, że coś mylą. Chyba mylicie wroga z przyjacielem, moi przyjaciele, powiadam. On jest po waszej stronie, nie ona. Nie zachowała się „sprytnie”, tylko wrednie i nie à propos. To ta kobieta jest waszym wrogiem. Brać ją, ją bierzcie! Nie wyciąga się spraw prywatnych w trakcie takiej debaty, bo nie o prywatnych upodobaniach aktywisty jest debata. I on nie jest tam w swojej prywatnej sprawie, ale w imieniu wszystkich. I powinien powiedzieć tej pani, żeby się nie wtrącała gdzie nie trzeba, nie popisywała swo- im wścibstwem, i że nie do niej było ogłoszenie. Lub, bardziej w stylu polityków prawicy zainsynuować, że ogląda gejowskie portale z żądzy i zamiłowania do podglądactwa. (Prawicowi politycy przez lata sprawowania władzy wielu ludzi nauczyć mogli złych manier w dyskusjach.) A jeśli się im nie podoba reprezentant, to czemu sami nie reprezentują?
Ludzie! – chciałoby się powiedzieć. – Ludzie, jeśli nie macie poczucia oczywistości co do tego, że należą się wam takie same prawa jak innym, niezależnie od tego, jakie ogłoszenia dajecie i na jakie portale, niezależnie od tego, czy w oczach świętoszków prowadzicie się dobrze czy niedobrze, niezależnie od płci, koloru skóry, religii, orientacji seksualnej, pochodzenia klasowego i etnicznego, jeśli nie macie takiego poczucia oczywistości, jeśli nie rozumiecie, że się należy, bo jesteście ludźmi, a nie za zasługi, to nie zasługujecie na te prawa Heteroseksualistom prawo zawierania małżeństw nie należy się za dobre sprawowanie, ani za to, że narzeczeni nie dają ogłoszeń na portale. Takie jest po prostu prawo, które wyraża pewien porządek społeczny. Osobom homoseksualnym to prawo jest tak samo potrzebne, i społeczeństwu jest potrzebne, bo umożliwia lub ułatwia ludziom funkcjonowanie w obrębie pewnego ładu społecznego, który ujmuje wszystkich, i nikogo nie powinien zostawiać na marginesie, i z żadnych powodów.
Praw się nie dostaje z łaski na pociechę. Prawa trzeba zdobyć, wywalczyć, uprzeć się przy nich. Za swoimi prawami trzeba szczekać i gryźć, a w przypadku praw dla lesbijek i gejów trzeba być przygotowanym na wysłuchiwanie tego, co jest, a co nie jest zgodne z naturą. Trzeba więc pamiętać, że naturą jest to, co człowiek definiuje jako naturę. Lub inaczej – wszystko to, co istnieje.
W starożytności był powszechny system niewolniczy. Uważano, że jest jak najbardziej zgodny z naturą. Dzieci ludzi, którzy byli niewolnikami, zostawali niewolnikami, z natury, tak stanowiło prawo. W średniowieczu niewolnictwo było już bardziej marginalne, lub miało postać systemu feudalnego, też uznawanego za naturalny, wreszcie bezpośrednie niewolnictwo pojawiło się w Stanach, na bazie odmienności rasowej, też uznawane za naturalne. Zakończyła je wojna secesyjna. Niewolnictwo trwało tak długo, dopóki nie przeważyła oczywistość przeciwna do tej starożytnej. To wszystko nie znaczy, że wielu niewolników, także w schyłkowym okresie niewolnictwa, nie miało poczucia oczywistości co do swojej niewolniczej natury i uważało, że taki już ich los Od starożytności do początku lub połowy XX wieku (zależy od kraju) kobiety powszechnie były zależne od swoich męskich opiekunów, ojca, brata lub męża, nie miały praw obywatelskich, prawa do studiowania, ograniczone prawo do pracy i do dysponowania majątkiem. Bardzo często ich życie było w ręku męskich opiekunów – i dziś tak jest w wielu krajach. Niemniej w Europie, Stanach, Australii i Nowej Zelandii w drugiej połowie XIX wieku kobiety zaczęły przebijać się do sfery społecznej – niektóre się kształciły, wiele pracowało, wiele należało do partii politycznych, zwłaszcza lewicowych – nadal nie mając prawa głosu – aż stopniowo uzyskiwały prawa polityczne. Potem, w latach 60. XX wieku okazało się, że to za mało, że prawa polityczne nie są gwarancją zmian obyczajowych, mentalnych, prawnych i innych. I emancypacja kobiet wezbrała w kolejnej, drugiej fali. Niemniej do dziś wiele kobiet nie ma poczucia oczywistości, że są co najmniej tak samo dobrymi ludźmi jak mężczyźni, i uważają się z nieco gorsze, bolejąc nad swoją kobiecą naturą czy kondycją. Ponieważ ludzie internalizują, uwewnętrzniają wartości kultury, w której żyją, a jeśli są one przeciwko nim, to przyswajają je przeciwko sobie.
W drugiej połowie XIX wieku Eliza Orzeszkowa, autorka „Marty”, opowiadająca się za pewną emancypacją kobiet, pouczała je, żeby się starały dorównać mężczyznom i zasłużyły na wejście do sfery publicznej – a to przez ciężką pracę, wytrwałe samokształcenie, żelazną samodyscyplinę, minimalizację potrzeb – żaden mężczyzna nie spełniłby wymogów Orzeszkowej, zresztą po co. Jednak kobiety, jeśli uzyskały prawa, to nie za takie zasługi, nie za cnoty moralne, ale dlatego, że dla jakiejś części społeczeństwa było już moralnie czy intelektualnie oczywiste, że powinny (w Polsce bynajmniej nie dla większości).
Emancypujący się Żydzi, emancypujący się przez asymilację, bo nie było wtedy innej drogi, bardzo się starali być dobrymi Niemcami, Francuzami, Polakami. Niemniej dla antysemitów i rasistów było – coraz bardziej i bardziej niż dawniej – oczywiste, że Żydzi nie mogą być Niemcami czy Polakami, bo zawsze są Żydami – zepsutą, nietwórczą naturą, czy wreszcie, jak w III Rzeszy, „antyrasą”, zabójczymi dla innych genami anihilującymi geny innych ras. Ta historia nie miała dobrego zakończenia w Europie. Niezależnie od tego, jak różna bywa rzeczywistość wewnętrzna Żyda i antysemity, jak różne są ich oczywistości, to znany jest fenomen Żydów antysemitów (w naszej zamrożonej od XIX wieku rzeczywistości można ich jeszcze znaleźć), których, wobec wszechobecnych treści antysemickich, opuszcza oczywistość co do własnej natury i kondycji.
Homoseksualistów jako sodomitów, zatem ludzi, których praktyki są niezgodne z naturą, od średniowiecza prawo kazało karać śmiercią (nie robiono tego w praktyce zbyt często, ale w razie potrzeby sięgano po ten środek, np. żeby pozbyć się wroga). Mniej więcej od XVIII wieku, od Oświecenia uznano, że wystarczy więzienie. Potem, w XX wieku, przeważnie w okresie międzywojennym, zdepenalizowano homoseksualizm, choć już i wtedy nie wszędzie był penalizowany. W latach 70. – 80. XX wieku nastała kolejna fala emancypacji, która trwa do dziś. Niemniej wielu jest homofobicznych gejów i lesbijek, bo wymaga to sporej samodzielności umysłowej, żeby uwierzyć raczej sobie i swoim doświadczeniom niż innym, którzy informują, jaka jest, skażona, natura rzeczy.
Mały przypis, u historyka Diodora jest uwaga na temat nienaturalnych praktyk między barbarzyńskimi w końcu Galami. Otóż zdarza się tam, że sypiają ze sobą i żyją dwaj dorośli mężczyźni, podczas gdy wiadomo, że naturalne jest, kiedy z dorosłym mężczyzną sypia chłopiec. Tak właśnie chce natura, nie inaczej, rzecze Diodor. Kobiety, Żydzi, homoseksualiści, Afrykanie czy Afroamerykanie i inne mniejszości lub ludzie, którzy mają za sobą historię mniejszości, nie mają łatwej drogi do swojej tożsamości. Często się martwią, czy ich reprezentanci są dość wspaniali, czy nie siorbią przy jedzeniu zupy, czy nie ubierają się szpetnie, czy wysuwają dobre argumenty w dyskusjach, czy nie seplenią, czy nie dają ogłoszeń na portale, kiedy wróg czuwa. Cóż, nie wszyscy mogą mieć taką reprezentację, jak Afroamerykanie w Obamie.
Prawo się zmienia i poczucia oczywistości się zmieniają. Łatwo jest nabijać się z aktywisty czy aktywistki, która w hełmie i tęczowej bluzce wpada na podium w czasie Kongresu Kobiet, żeby odpytać panelistki, co sądzą o związkach partnerskich. Ale ona prowadzi swoją prywatną wojnę z niesprawiedliwym prawem i jeśli się ono zmieni kiedyś, będzie w tym miała swój udział, często większy niż te, które jej działanie gorszy czy zniesmacza. Zapewne aktywiści często nie mają łatwych charakterów ani miłych obyczajów. Inaczej niż „my”? Ale mają to, czego innym często nie wystarcza – poczucie oczywistości.

